Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tbilisi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tbilisi. Pokaż wszystkie posty
Dookoła Gruzji w tydzień - III dzień

Dookoła Gruzji w tydzień - III dzień



III dzień 15.04.2017
Przeprowadzamy się do centrum!

Wyczekiwaliśmy tej chwili...w końcu wyprowadzka z Tao Hotelu! Szybkie przejście na metro w Didube, przejazd do Liberty Square, ekspresowe znalezienie nowego mieszkania i jedziemy do Davita Gareji! Żart...tak jak wspominałam wcześniej i wspomnę pewnie jeszcze nie raz: w Gruzji niczego nie można zaplanować, a nawet jeśli uda się zaplanować to i tak nie pójdzie po naszej myśli. Co nie znaczy, że pójdzie gorzej. Wręcz przeciwnie, te nieprzewidywane obroty spraw mają swój urok. Wróćmy więc do tego co było po przyjeździe do prawdziwego centrum Tbilisi. Szybkie znalezienie mieszkania okazało się wręcz niemożliwe. Zmęczeni ciągłym wchodzeniem pod górkę, pytaniem o wolne pokoje i schodzeniem w dół z informacją, że nie ma dwójek postanowiliśmy znaleźć nocleg z TBILISI LOVES YOU (ogólnodostępne wi fi w całym centrum Tbilisi). I tak właśnie trafiliśmy do Dawida, który wynajmował niepozornie wyglądające apartamenty z widokiem na słynne łaźnie siarkowe, trochę miasta, oraz wzgórza z typowymi budowlami. Dawid mimo braku pokoju o tak wczesnej porze zaoferował nam, że popilnuje naszych rzeczy, a kiedy wrócimy z wycieczki będziemy się mogli wprowadzić. Zadowoleni pobiegliśmy na busa do Gareji, którego cudem udało się znaleźć na stronie internetowej Gareja Line. Busy te odjeżdżają codziennie od 15 kwietnia do 15 października o godzinie 11:00 z Freedom Square. Jest to świetna sprawa, ponieważ przejazd w dwie strony kosztuje 25GEL od osoby, a dodatkowo kierowca zatrzymuje się w niektórych miejscach na „foto” i w drodze powrotnej w wiosce Udabno.


Dlaczego po raz kolejny nie dojechaliśmy do Davida Gareji?

Niestety nam tego dnia po raz kolejny nie udało się odwiedzić monastyrów Gareji. Na fecebooku „Gareja Line” miejsce odjazdu jest pięknie opisane, jednak na mapie była zaznaczona całkiem inna lokalizacja. My oczywiście kierowaliśmy się dołączoną mapką...trafiliśmy na zupełne peryferia Tbilisi w dzielnicy Technical University. Muszę dodać, że podczas biegu z mapką w ręce i płynnej zmiany środków transportu byliśmy z siebie naprawdę dumni, bo gdyby stamtąd odjeżdżał bus to zdążylibyśmy wręcz idealnie. Niestety nie odjeżdżał. Jedyne co wyniosłam z tej szybkiej podróży to pudełko gruzińskich zapałek, które dosłownie spadło mi na głowę. Do teraz nie wiem czy ktoś we mnie celował, ale jeśli tak to był to na pewno ninja mistrz, bo w tej dzielnicy nie było żywej duszy. Jak poprawnie dojechać do Davida Gareji opisane jest tutaj.
Koniec o tym czego nie udało nam się zrobić tego dnia. Wróciliśmy do domu, zostaliśmy poczęstowani winem i owocami i wprowadziliśmy się do nowiutkiego apartamentu. Zdziwił mnie jego nowoczesny wygląd i wielkość. W stosunku do ceny czyli 30GEL/os, aż głupio było przyjąć taką królewską komnatę. Salon z kuchnią, duża sypialnia, piętro niżej łazienka, pralka i ogólnie całe wyposażenie. No i przede wszystkim była pościel! Nie to co w Tao! Szybko pobiegliśmy zwiedzać dalej miasto.


Suchy Targ vs Wesołe Miasteczko na wzgórzu Mtacminda

Tego dnia zobaczyliśmy słynny targ staroci, który znajduje się przy suchym moście. Suchy most dlatego, że niegdyś płynęła pod nim rzeka Kura, której koryto zostało osuszone, a bieg rzeki zmieniony. Muszę przyznać, że czekałam na odwiedzenie tego miejsca, ponieważ uwielbiam takie klimaty. To co zobaczyłam przerosło moje oczekiwania. Wzdłuż chodnika roiło się od rozłożonych prześcieradeł lub lichych stolików, na których były wystawione przeróżne starocie od starych, pomiętych pocztówek, przez złote sztućce, biżuterię, zegarki, narzędzia, kompasy, rogi, aż do białej broni i odznak wojennych. Ceny tych cudeniek były przeróżne, często jednak mocno zawyżone. Targ był znacznie większy niż słynny targ staroci we Lwowie i nie było tam prawie w ogóle typowych pamiątek wystawionych „pod turystów”. Podczas przechadzki zaczepił nas pewien Gruzin, który dość dobrze mówił po angielsku. Od razu wiedział, że jesteśmy Polakami, zaprowadził nad do pewnego stoiska i wyciągnął zza sterty książek czarny, rozpadający się modlitewnik. Był to polski modlitewnik z 1867 roku. Nadal zastanawiam się nad jego historią i nad tym co sprawiło, że znajduje się obecnie na pchlim targu w Gruzji. Następnie postanowiliśmy wyjechać na wzgórze Mtacminda, na które można dostać się kolejką wąskotorową. Znajduje się tam wieża telewizyjna i wesołe miasteczko. W okresie świąt wielkanocnych było jeszcze uśpione i mało atrakcji funkcjonowało. Z tego wzgórza można było zobaczyć całe, dumnie prezentujące się miasto. Do centrum wzięliśmy taksówkę, oczywiście taksówkarz okazał się być producentem świetnego wina, które wyciągnął z podłokietnika i rozlał nam do gruzińskich rogów. Na zdrowie!

Najpiękniejszą panoramą Tbilisi w moim przekonaniu pozostaje widok na miasto spod twierdzy Narikala, z butelką wina w ręce. Całe miasto jest pięknie podświetlone, a w szczególności znane budowle takie jak Świątynia Metechi, katedra Cminda Sameba, wieża telewizyjna. Coś pięknego. Kolejna na wzgórze jest czynna do godziny 22:00.

łaźnie siarkowe


poczęstunek u Dawida
                         

Targ na suchym moście


krzywy zegar obok teatru marionetek


pomniki świętujących Gruzinów

diabelski młyn nad miastem

panorama ze wzgórza Mtacminda
           
wieża telewizyjna
                             
przed każdym posiłkiem obowiązkowo podawany pyszny gruziński chleb


Tbilisi nocą
           

Dookoła Gruzji w tydzień - II dzień

Dookoła Gruzji w tydzień - II dzień



II dzień 14.04.2017
Dlaczego nie dojechaliśmy do Davida Gareji?

Prognozy nie wróżyły nic dobrego. 14 kwietnia w całym kraju zapowiadali opady deszczu, czyli pogodę mało sprzyjającą zwiedzaniu. Cóż, dzień urodzin zaczął się średnio, ale niezniechęceni pogodą ruszyliśmy na poszukiwania marszrutki do Davida Gareji, czyli kompleksu monastyrów wybudowanych w skale przez syryjskiego mnicha. Więcej informacji o tym miejscu znajdziecie w V dniu podróży, ponieważ dotarcie tam okazało się wręcz niemożliwe. Byliśmy zdania, że marszrutki jeżdżą wszędzie, gdzie znajdują się ciekawe i często odwiedzane przez turystów miejsca. Nic bardziej mylnego. Do kompleksu Davida Gareji można było dojechać jedynie taksówką za około 150GEL. Ta cena przerastała nasz budżet, ale nie poddawaliśmy się mając nadzieję, że w końcu odnajdziemy jakąś alternatywę. I znaleźliśmy. Wątek poszukiwania transportu do tego miejsca będzie się jeszcze przewijał przez inne dni, finalnie opis miejsca znajduje się tutaj. 



Najlepsza opcja poruszania się po Tbilisi - metro

Poszukiwania transportu nie poszły jednak zupełnie na marne, dzięki temu odkryliśmy Tbiliskie metro, które przewozi pasażerów pomiędzy dzielnicami za grosze, a dokładnie za 80 groszy. Przed przejazdem należy wykupić w okienku kartę (koszt o ile pamiętam 1GEL), a następnie wystarczy ją doładowywać. Można od razu nabić na nią np. 10GEL i nie stać za każdym razem w kolejce do doładowania, a można przed każdym przejazdem nabijać 0,50GEL. Od tego czasu metro stało się dla nas najczęściej użytkowanym środkiem transportu i to właśnie dzięki niemu odkryliśmy, że centrum zaczyna się mniej więcej od przystanku Liberty Square.


Centrum stolicy

TAK! Zupełnie tak to sobie wyobrażałam. Tbilisi położone jest w dolinie, dlatego gdziekolwiek się nie skręci jest pod górkę. Wystarczy parę kroków i już rozpościera się piękna panorama miasta. Nas zainteresował pomnik, który usytuowany był na wzgórzu w starej części miasta, zaraz obok malowniczej twierdzy Narikala. To pomnik Matki Gruzinów, która w lewej ręce trzyma kielich z winem dla przyjaciół, a w prawej miecz na wrogów. Po drodze zgubiła nas masa uliczek i schodków. Wspinaliśmy się, szliśmy w górę i w górę. Doszliśmy do restauracji, z której nijak nie było przejścia wyżej – trzeba było wrócić na dół i próbować dojść inną ścieżką. Mimo wszystko zatrzymaliśmy się na kawę. Z tarasu restauracji można było oglądać piękną panoramę Tbilisi. Kiedy dotarliśmy już do punktu docelowego widok był rewelacyjny. Z jednej strony miasto, z drugiej lasy, wzgórza i ogród botaniczny. Pogoda o dziwo nie była najgorsza tak jak to przepowiadały pogodynki, a przynajmniej nie padało. Na szczyt na którym stoją wspomniane monumenty jeździ również kolejka, która ku naszemu zdziwieniu kosztowała tylko 1GEL. Zjechaliśmy nią prosto do centrum, w którym znajduje się masa dziwnych budowli oraz miejsc rozrywkowych takich jak olbrzymi fortepian, na który można się wspiąć. Można też posiedzieć na ławeczce zrobionej z kluczy monterskich – co kto woli. Tym co zwróciło moją uwagę były dziesiątki kotów, które błąkały się między ludźmi. Zdecydowanie przewyższały ilość psów, ale to zjawisko występowało tylko w Tbilisi. Co dziwne, wszystkie koty wyglądały na rasowe i zadbane, ale kot to kot, zawsze sobie poradzi.
W centrum Tbilisi znajduje się kilka głównych deptaków, przy których znajdują się różne knajpki przeznaczone jak mniemam głównie dla turystów. Jedna uliczka to typowe restauracje oraz winnice, równoległa do niej roi się od shisha barów, kolejna to w większości kluby nocne. Oczywiście każda szanująca się Tbiliska restauracja, lub winnica zaopatrzona jest w różnego rodzaju tabliczki typu „The best wine is an open wine!”. Ma to swój urok. W jednej z tychże restauracji skosztowałam pierwszy raz khinkali, czyli typowej gruzińskiej potrawy. Są to sakiewki zrobione z ciasta, środek był do wyboru: rosół z mięsem lub ser biały. Cena była zaskakująco niska, jedna sakiewka kosztowała około 0,60GEL, a 5 takich sakiewek w zupełności wystarczyło, żeby się najeść.



Rozwiązanie zagadki pt: Co było nie tak z naszym hotelem?

Po całym dniu zwiedzania wróciliśmy do Didube. Przemierzając wąskie i puste uliczki zatrzymaliśmy się jeszcze przy jedynej otwartej budce, żeby zjeść pysznego kebaba. Mimo ogólnego braku ruchu, przed nią zawsze stały tłumy. Obsługa poznała nas od razu machając serdecznie z daleka. Wiedzieli już co się święci, bo dzień wcześniej graliśmy z nimi w kalambury pokazując nieporadnie co chcemy zjeść. Podczas dalszej podróży do hotelu, zaczęliśmy zastanawiać się nad tym, dlaczego jest on taki specyficzny. Klucz tylko od wewnętrznej strony, brak pościeli, dziwne miny personelu, gdy chcieliśmy zostać na dwie noce oraz duży ruch po godzinie 22:00...rozbawieni zaczęliśmy żartować, że pewnie mieszkamy w burdelu. Miny jednak nam zrzedły, gdy po wejściu zobaczyliśmy dwie schodzące z góry kobiety ubrane w skąpe stroje. Tak, mieszkaliśmy w burdelu. Achhhhh te urodziny...



Panorama miasta z twierdzy Narikala

Matka Gruzja czuwająca nad miastem



Bar na obrzeżach




Tradycyjna potrawa - chinkali

Widok z centrum miasta na twierdzę Narikala





Orzechy zalane w syropie winogronowym - obowiązkowy produkt w każdym sklepiku w centrum
Dookoła Gruzji w tydzień - I dzień GORI

Dookoła Gruzji w tydzień - I dzień GORI



Słowem wstępu. Już od dłuższego czasu w głowie siedziała mi Gruzja. Programowanie kolejnych wycieczek dla grup zorganizowanych i oglądanie zdjęć, które szef przesyłał mi ze swoich wyjazdów sprawiało, że narastało we mnie znajome uczucie. To uczucie podekscytowania, które towarzyszy mi zawsze wtedy, kiedy bardzo czegoś chcę i jednocześnie zdaję sobie sprawę z tego, że to zrealizuję. Mimo mojej ogólnej świadomości, że przypnę kolejną pinezkę na mapie świata, nie zdawałam sobie sprawy z tego, że nastąpi to tak szybko jednak dziwne przypadki coraz bardziej mnie napędzały.

Pewnego dnia idąc do naszej gminnej biblioteki (której swoją drogą bardzo dawno nie odwiedzałam z oczywistych powodów, z którymi borykają się wszyscy fani książek ograniczani przez mały zasób gminnych bibliotek) natrafiłam na plakat zapraszający na darmowe spotkanie z polskim dziennikarzem i reporterem Wojciechem Jagielskim. Lubię słuchać czyiś historii, a skoro mają być opowiadane kilka metrów od mojego domu to grzechem byłoby z tego nie skorzystać. Muszę przyznać, że nie znałam ani jednej książki pana Wojciecha, nie czytałam też wcześniej żadnego reportażu. Bądźmy szczerzy, gdyby nie ten plakat nie wiedziałabym nawet o jego istnieniu. Żeby nie iść na spotkanie całkiem nieprzygotowaną wypożyczyłam książkę pt. „Dobre miejsce do umierania”, która jak się okazało opowiadała o krwawej historii Kaukazu z początku lat 90-tych i drodze, którą przebyli Gruzini do osiągnięcia niepodległości i wolności. Strzał w dziesiątkę. Nie będę streszczała teraz książki, ani opowiadała wyczerpująco o godnej podziwu waleczności tego narodu. Swoją drogą głównie przez uporczywe dążenie do wolności Polacy i Gruzini mentalnie są tak blisko ze sobą, choć geograficznie dzieli nas około 3000 kilometrów.

Promocyjne ceny biletów z Katowic do Kutaisi były jak przecięcie ostatniej nitki, która trzymała mnie przed lotem w nieznane. Przekształcając nieco gruzińskie przysłowie „Ja mam apetyt, a ty chleb” można powiedzieć „Ja miałam chęć, a Wizzair miał bilety”.

To miała być pierwsza moja wyprawa backpackingowa, dlatego średnio wierzyłam w to, że jestem w stanie spakować się na 8 dni do bagażu podręcznego. Zazwyczaj wyjeżdżając nawet tylko na weekend pakowałam całe auto, bo a nuż się coś przyda. Śrubokręty, kombinerki, deskorolka, w skrajnych przypadkach nawet i niezbędne rzeczy typu patelnia i ziemniaki. Stwierdziłam jednak, że jeśli już zakupię bilet to nie będzie wyjścia i jakoś się zmieszczę. W rezultacie mimo wykupionego dużego bagażu podręcznego, który w Wizzair kosztuje dodatkowo około 60zł, zmieściłam się do plecaka, który wymiarami obejmował bagaż mały.

Zapomniałam dodać, że po zakupie biletów okazało się, że niezbyt świadomie wybraliśmy termin, w którym wypadały święta wielkanocne. Trudno.

Kompan do podróży znaleziony, bilety kupione NO TO LECIMY!

Całkowity koszt przelotów w obie strony z wykupionym dużym bagażem podręcznym ok 550zł


I dzień - 13.04.2017
Lot

Jak to bywa z bezpośrednimi połączeniami z Polski do Gruzji, wyloty odbywają się o dość nieprzystępnych godzinach. Z Katowic wylecieliśmy o godzinie 23:20 i mimo że lot trwał troszkę ponad 3 godziny w Kutaisi wylądowaliśmy około godziny 4, ze względu na zmianę czasu. Zaraz po wylądowaniu, czekając aż korytarz samolotu nieco się przerzedzi chcąc nie chcąc słuchaliśmy rozmów zaaferowanych pasażerów, które dotyczyły ich wcześniej zarezerwowanych luksusowych hoteli, zorganizowanego dowozu oraz idealnie zaplanowanego wypoczynku. Wzrok Jakuba był bardzo wymowny „niech wysiądą pierwsi, my nie mamy nic”.
Zaraz po przejściu bramek zaatakowało nas stado taksówkarzy, którzy ewidentnie widzieli w nas łakomy kąsek. Przed przyjazdem spotkałam się z wieloma opiniami o gruzińskich taksówkarzach i ich niezbyt korzystnych warunkach transportu, dlatego korzystając z jednego z kilkunastu wyuczonych gruzińskich słówek przedzierałam się przez nich i odrzucałam ich propozycje z okrzykiem „ara”, co po gruzińsku znaczy „nie”.
Plan prezentował się następująco: na lotnisku wymieniamy EUR na GEL, idziemy do marszrutek, które stały nieco obok głównego parkingu lotniskowego, udajemy się do Gori i znajdującego się koło niego skalnego miasta Upliscyche. Szybko przekonaliśmy się, że w Gruzji nie można zbyt dużo planować, ponieważ z naszego planu pozostało tylko to, że wymieniliśmy pieniądze. Ze smutkiem patrzyliśmy jak ostatnia marszrutka odjeżdża z lotniska, kiedy przed nami zostało jeszcze około 15 osób do wymiany pieniędzy. Skruszeni wyszliśmy na parking lotniska tym razem licząc, że taksówkarze jednak jeszcze tam będą. Byli.




Nieporadnik: Jak nie przemieszczać się po Gruzji, czyli pierwsze zetknięcie z lokalnym transportem

Centrum Kutaisi 10GEL, potem marszrutka Gori. Łamanym polsko-rosyjsko-gruzińsko-angielskim załatwiliśmy sobie pierwszą podwózkę. Szok spotkał nas już przy próbie przejścia przez drogę do taksówki Rolandiego. Prowadził nas jak dzieci przez 4 pasmówkę, do swojego wozu ustawionego na poboczu, tak jakby w ogóle nie widział jadących z dużą prędkością samochodów. - Wino lubicie? - nagle padło pytanie. Cóż, nad odpowiedzią długo się nie zastanawialiśmy, ale nie byliśmy jeszcze świadomi jej skutków. Odpowiedź TAK doprowadziła nas pod dom Rolandiego, gdzie w 0.5 litrowych butelkach dostaliśmy od niego wino własnej roboty. Normalna droga z lotniska do centrum powinna zająć około 15 minut, my jechaliśmy nieco ponad godzinę, ale było warto. Rolandi odprowadził nas do odpowiedniej marszrutki i poinstruował kierowcę dokąd chcemy jechać. Oczywiście nie obyło się bez pozostawienia przez niego wizytówki i polecenia się na przyszłość. Świetnie! Jedziemy do Gori! - pomyśleliśmy. Pół godziny później byliśmy jakieś 3 km od centrum Kutaisi i czekaliśmy, aż w końcu minie te „za 5 minut ruszamy”. Ostatecznie w marszrutce nie nazbierała się dostateczna ilość osób, dlatego nasz kierowca przesadził nas do innej, jadącej w to samo miejsce. Zaczęła się ostra jazda bez hamulców. Zakręty, dziury, inne samochody z naprzeciwka. Nic nie skłaniało naszego kierowcy do wciśnięcia pedału hamulca. Siedzieliśmy tuż za kierowcą, poprosiłam Kubę żeby wychylił się i zobaczył ile mamy na liczniku. 100km/h było przy prostej, ale dziurawej i niezbyt zadbanej drodze dużym nietaktem. Ponowiłam prośbę o sprawdzenie z jaką prędkością jedziemy, kiedy na drodze dodatkowo mnożyło się od zakrętów.
- Dalej 100/h. - odparł Kuba. Po chwili jednak dodał – Już 120. Wtedy zaczęłam jeszcze bardziej doceniać hojny gest Rolandiego i odkręciłam po raz kolejny zbawienną butelkę z winem. Za oknem zaczęły pojawiać się stare, zaniedbane budynki. Początkowo łudziłam się, że to tereny opuszczone, że nikt już w nich nie mieszka. Gdy dojechaliśmy do Gori przekonałam się jednak, że to standardowa gruzińska zabudowa. Marszrutka wysadziła nas na głównej ulicy, jakieś 2 km od miasta. Na szczęście w krzakach przy tejże drodze siedział przyczajony taksówkarz. I tutaj cenna rada. Jeżeli nie jesteś gruzinem, a chcesz dowiedzieć się od gruzińskiego taksówkarza jaki będzie koszt przejazdu najlepiej niech napisze ci cenę na kartce, albo płać z góry. My tego oczywiście nie zrobiliśmy. Usłyszeliśmy cenę taką, jaką chcieliśmy usłyszeć i ruszyliśmy do skalnego miasta Upliscyche, które polecił nam nasz nowy władca transportu. Mimo, że była wczesna pora i przypuszczałam, że wstęp do miasta będzie jeszcze niemożliwy, zaufałam mu. Skutkiem tego był spacer po parkingu, który znajdował się nieopodal skalnego miasta i powrót do centrum Gori. Wycieczka na parking i z powrotem wyniosła nas 30GEL po grubej obniżce. 



Kulinarne doświadczenia w mieście Stalina

Wygłodniali ruszyliśmy do knajpy, którą polecił nam taksówkarz. Z zewnątrz nie przypominała ona miejsca, gdzie można coś zjeść. Ku naszemu zdziwieniu wewnątrz tym bardziej. Ciemno i ubogo. Jeden stół, coś na kształt lady, trzy ciche kobiety wpatrujące się w nas jak w obrazek. - Co można zjeść? - zapytaliśmy. - Chaczapuri. - brzmiała odpowiedź. Po chwili rozległo się echo kroków i na stole przed nami pojawiła się zupa z kawałkami mięsa oraz koszyk gruzińskiego chleba. Muszę przyznać, że inaczej wyobrażałam sobie chaczapuri. Dodatkowo jeszcze nigdy nie stresowałam się tak przy jedzeniu. Czuliśmy na sobie wzrok trzech kobiet, panowała martwa cisza. Czułam się trochę tak, jakby od tego czy zjem pełny talerz zależało moje dalsze życie. Nie zjadłam. Było to jednak ciekawe doświadczenie i podekscytowani zupełnie innym klimatem ruszyliśmy dalej. Po krótkim spacerze po Gori ruszyliśmy na poszukiwania marszrutki do Tbilisi. Nie starczyło nam już sił na muzeum Stalina więc zobaczyliśmy pobieżnie ruiny zamku, jakieś kościoły, minitarg i dziesiątki bezdomnych psów. Miła Pani widząc nasze zamotanie postanowiła nam pomóc i wpakowała nas prosto w marszrutkę zmierzającą do stolicy. Koszt przejazdu wyniósł 10GEL – taniutko.



TAO hotel - ciemna strona Didube


Wysiedliśmy w dzielnicy Tbilisi – Didube. Prawdę mówiąc zgubiło nas to, że wzięliśmy Didube za centrum Tbilisi. W rzeczywistości znajduje się tam po prostu główny dworzec, z którego ruszają marszrutki i autobusy. Przytłoczeni wielkim ruchem, tysiącem straganów i nachalnymi taksówkarzami postanowiliśmy znaleźć szybko nocleg i wyruszyć na zwiedzanie. Okazało się to największym do tej pory wyzwaniem. Po ciężkich bojach, kierowani coraz to nowszymi radami przechodniów trafiliśmy w końcu do punktu, który był zwieńczeniem naszych trudów. Zmęczenie i głód wyłączyły w nas czujność, było nam wszystko jedno gdzie będziemy spać, ważne było jedynie to, żeby w końcu gdzieś odpocząć. Właśnie ten brak czujności zawiódł nas prosto do TAO hotelu. Nie znajdziecie go na żadnej stronie internetowej, przypuszczalnie nie wiedzą też o nim sami mieszkańcy dzielnicy – my za to znamy go już doskonale, ale o tym później. Miła obsługa była zaskoczona naszą obecnością, policzyli 40GEL za noc i zaprowadzili nas do dość luksusowego pokoju. O co chodziło tłumaczę tutaj. Resztę dnia spędziliśmy dopijając zakupionego na lotnisku Jagermaistra, włócząc się po „centrum” Tbilisi i robiąc wstępne rozpoznanie.












twórczość Gori - miasta, w którym urodził się Stalin
Copyright © 2016 Wild Heart Tour , Blogger